Zbigniew Niedźwiecki-Ravicz – „Przypadki małżeńskie, t.1”

Ten wpis był dotąd czytany 354 razy!

Z chwilą gdy Bronek obwieścił światu dobrą nowinę, wśród miejscowej gawiedzi zawrzało. Nie omieszkano przywołać na pamięć niecnego ongiś prowadzenia się Gieniuchny. Wycierał sobie nią gębę, kto chciał.

Godna podziwu wydaje się więc postawa Bronka, który skwitował to w sposób sobie tylko jedyny:

– Opinia to nic więcej, jak suma plotek rozpowszechnianych przez miejscowych obsrywaczy!

Ale prawdopodobnie w grę wchodziły  całkiem inne pobudki. W takich sprawach ludźmi bardzo często nie kieruje rozsądek, lecz hormony. Dotąd życie erotyczne Bronka pozostawało wyłącznie w jego rękach. Od kiedy jednak Genia odsłoniła mu tajemnice alkowy, skończył z miłością autorską. Dlatego w rozmowie z dobrym wujaszkiem, który odwodził go od tej (według powszechnego mniemania) pożałowania godnej żonkiszonerii, stwierdził:

– Zwykłe obszczekiwanie. Babeczka jest w cycuś. Lubię rozlewiste kobyłki, a Genia z przodu ma taki fajer, że paluszki lizać. Kręci mnie jak jasna cholera!

Jak dotąd, wszystko dobrze. Pod warunkiem że się pamięta, iż małżeństwo to najbardziej karkołomne przedsięwzięcie, które człowiek sam, dobrowolnie, bierze sobie na głowę. A także o tym, że Genia była siedemnaście lat starsza od swego wybranka i gdyby u ojca miała tyle szczęścia, co u syna, Bronek zwracałby się do żony per mamo. Rzecz jednak nie poszła po myśli, co nie przeszkadzało jej, by obecnego małżonka traktować jak syna.

Lecz tu trafiła kosa na kamień! Bronkowi nie w smak była koncepcja, wedle której ona tupnie, on siedzi pod stołem i szczeka. Nie zgadzał się na ręczne sterowanie. A już na poważnie stroszył kolce, gdy Genia uciekała się do zagrywek typu: jeśli mnie kochasz, masz zrobić tak i tak, a jak się nie podoba – to śpij sobie osobno! Nie mogło się to inaczej skończyć, jak tylko wedle zasady, gdy lew zaryczy, któż się nie zlęknie?

Tymże sposobem Bronek fundował sobie jeszcze większe komplikacje małżeńskie, jako że Genia nie potrafiła walczyć z krzykiem, inaczej jak tylko krzykiem, co ostatecznie kończyło się rozhisteryzowanymi ariami na dwa głosy. Wydaje się wprost niebywałe, że sprzeczali się o głupstwa, a ich kłótnie stawały się zacięte jak batalie na tle religijnym. Cóż, o ile  monogamia ma naturalną tendencję przeradzać się w zwykłą monotonię, o tyle w przypadku tych dwojga przekształcała się w związek, który przypominał raczej stowarzyszenie życzliwego wyświadczania sobie wzajemnych przykrości niż małżeństwo.